wtorek, 4 lipca 2017

 

Mielecki strajk 1980

 

Teofil Lenartowicz

 

 

Pierwszy strajk w PRL-owskiej Polsce 01.07.1980

 

Tak się składa, że 1 lipca 1980 minęła 37 rocznica pierwszego strajku robotniczego  w jednym z krajów tzw. Demokracji Ludowej Polsce. Było to wydarzenie na skalę światową albowiem nie do pomyślenia był strajk w kraju rządzonym przez robotników i chłopów. Takie coś nie mogło się wydarzyć, a jednak się wydarzyło. Było to tak zaskakujące wszystkich, a szczególnie rządzących, że należało to jak najszybciej zgasić, nie rozgłaszać i zapomnieć.

 

Dzisiaj mało kto wie, że pierwszy taki strajk wybuchł w przemyśle lotniczym, a dokładnie w PZL w Mielcu. Stało się to  2 miesiące przed powstaniem Solidarności  w wyniku coraz gorszych warunków pracy, finansowych, zaopatrzenia i braków podstawowych artykułów do życia.

 

Pragnę młodszemu pokoleniu przekazać, a starszym przypomnieć dlaczego doszło do społecznego zrywu, przewaliło się przez całą Polskę, zadziwiając cały świat. Na wstępie poniżej nieco własnych refleksji.    

 

W latach 70-tych rysy na socjalizmie robiły się coraz szersze i głębsze. Coraz bardziej odczuwalne były braki na rynku. Zastanawiałem się gdzie było to całe centralne planowanie, o którym tak wiele mówiono i chwalono się przez wszystkie lata na zebraniach partyjnych i szkoleniach. Planowanie było, socjalizm jako ustrój wyższy panował, ale artykułów pierwszej potrzeby było mniej, albo nie było wcale. Wprowadzono kartki na cukier, mięso i inne artykuły, żeby było sprawiedliwie, a sprawiedliwości też nie było. Zastanawiałem się jak to planowano, że praca np. na wydziale 57 „Start”, gdzie  pracowałem, odbywała się dopiero w ostatni tydzień miesiąca, lub w ostatni miesiąc roku kalendarzowego. Pracowało się wtedy na hura w godzinach nadliczbowych i nocnych i wykorzystywa­ło technologie obejściowe płacąc ludziom dodatkowe pieniądze za godziny nad­liczbowe. Natomiast, gdy miesiąc lub rok się zakończył to gotowe samoloty sta­ły na stojankach nikomu niepotrzebne, a ludzie wałęsali się po halach przez kilkanaście dni kompletnie bez pracy. Bywało tak, że nie było kół, śmigieł, radiostacji czy innych rzeczy i wtedy te części przekładano z samolotu na samolot żeby samolot oblatać. Gdy te koła, śmigła czy radiostacje przyszły to wów­czas po ich założeniu jeszcze raz trzeba było samoloty oblatywać. Te samolo­ty dalej stały jeszcze długo na stojankach zanim je przebazowano do Lwowa, a ludzie znowu nie mieli co robić.

 

Nawet głupi dostrzegłby, że nie chodziło tu o usprawnienie pracy, a co za tym idzie o oszczędności i obniżkę kosz­tów produkcji, lecz jedynie o zakreślenie w grafiku białej kratki na czer­wono, lub czarno. Chodzili po wydziałach tacy panowie, którzy to robili. Żaden kapitalista ze zgniłego zachodu nie pozwoliłby sobie na to, a jeśli tak to bardzo szybko by z bankrutował.

 

Społeczeństwo polskie widziało, że za pożyczki, które Gierek pozaciągał na zachodzie, budowało się wcale nie nam potrzebne gigantyczne budowle, takie jak Huta Katowice i szeroki tor od granicy wschodniej do Huty Katowice, na którym to torze trzeba było zbudować ponad 300 wiaduktów i mostów, więc była to gigantyczna budowa. Podobnie było z Portem Północnym w Gdańsku, który był nie nam potrzebny tylko Związkowi Radzieckiemu. Byłem jednego razu na terenie tej budowy w jej początkowej fazie, kiedy kładziono fundamenty pod budowę. Wożono ciężarówkami ogromne bloki skalne i zatapiano je daleko od lądu w głębi morza tworząc w ten sposób podwaliny pod przyszły port. Była to gigantyczna budowa podobna do tej z przed wojny, kiedy w latach 30-tych budowano Gdynię.

 

Szwedzką rudę kupowano za dolary, a wysoko przetworzone gatunki stali sprzedawano Związkowi Radzieckiemu za ruble i to w relacji 1 dolar równał się 98 kopiejek. To, że Związek Radziecki stosował wobec Polski ra­bunkową gospodarkę widać było po wielu przykładach choćby po samolocie M-15. Jeżdżąc systematycznie za mie­dzę, do Lwowa, widziałem co tam się dzieje, a czym dalej się jechało tym by­ło gorzej, Ten przodujący w świecie kraj szczęśliwości socjalistycznej nie miał nic do zaoferowania swoim obywatelom, oprócz ciężkiej pracy za marne pieniądze. Nie było jabłka, cytryny, bana­na, czy pomarańczy, pomimo że kraj ten posiadał wszystkie strefy klimatyczne. W ogóle były braki i w innej żywności, a także w odzie­ży, obuwiu zresztą we wszystkim.

 

To, co tam produkowano to były same buble. Buty, odzież rozłaziły się po krótkim użytkowaniu. Każde sarkanie na taki stan rzeczy kwitowano kró­tką odpowiedzią.

 

--- Co socjalizm ci się nie podoba?

 

Dlatego polskie towary, chociaż w porównaniu z zachodnimi były niskiej jakości to jednak były poszukiwane, bo były o wiele lepsze od produkowanych u nich i można ich było sprzedać każdą ilość.

 

Widząc ten bałagan, chamstwo i demoralizację społeczeństwa coraz bar­dziej dojrzewałem. Jasne stało się dla mnie, że za hasłami o wolności i równości kryje się kłamstwo. Hasła były narzędziem do mydlenia oczu społeczeństwu, by pod ich przykrywką budować potęgę Związku Radzieckiego i umacniać system totalitarny. Kosztem biedy obywateli budowa­no potęgę militarną. Tą potęgą chciano się posłużyć celem zawładnięcia całym światem. Przemysły Polski i innych Krajów Demokracji Ludowej były ustawione tak, aby służyły umacnianiu tej potęgi.

 

Czym częściej jeździłem do Lwowa tym bardziej to rozumiałem. Zresztą coraz większa część naszego społeczeństwa też to rozumiała. Rozumieli to także rządzący, tylko, że ci będąc sprzedajni posiadali miękkie fotele, bogate koryta i wysokie partyjne posady, które nie pozwalały im się do te­go przyznać. Tak było w Związku Radzieckim i tak było w Polsce. Wprawdzie każdy obywatel miał pracę, ale tylko udawał, że pracuje. Państwo natomiast udawało, że mu płaci.

 

W tym czasie miały miejsce dwa bardzo ważne wydarzenia polityczne. Jedno z nich to była napaść Związku Radzieckiego na Afganistan, którą Zwią­zek Radziecki rozpętał długoletnią wojnę. Drugim wydarzeniem był strajk w mieleckiej WSK, który zapoczątkował lawinę wydarzeń w całym kraju. Swoją napaścią ZSRR udowodnił, że nie pozbył się agresywnych zamiarów wobec swoich sąsiadów. Wykazał, że jego plany ekspansji na coraz to inne teryto­ria są w dalszym ciągu aktualne. Nikt się wówczas nie spodziewał, że ta wo­jna potrwa tyle lat i będzie początkiem końca Związku Radzieckiego. Wojna ta przyczyniła się do izolacji tego kraju w sferze politycznej i ekonomicz­nej od krajów Europy zachodniej i Ameryki. Z tą wojną kryzys zaczął nabierać przyspieszenia i był on coraz bardziej widoczny w Związku Radzieckim i w Polsce, gdzie braki w zaopatrzeniu były coraz większe.

 

Jeśli idzie o drugie wydarzenie, czyli strajk to bardzo dokładnie pa­miętam dzień, w którym się to zaczęło. Był dzień 1 lipca 1980 roku, kiedy to jak na ówczesne czasy zaczęły się dziać rzeczy wręcz nieprawdopodobne. Pojechałem w tym dniu na wydział Start w celu załatwienia pewnych spraw serwisowych. Pracowałem na tym wydziale wiele lat, więc znałem tam wszyst­kich tak samo jak i mnie wszyscy znali. Ktoś w wielkiej tajemnicy zwierzył mi się, że jeden z wydziałów Zakładu przerwał pracę i nie pracuje. Nie wierzyłem żeby było takie coś możliwe i uznałem to za bajeczkę. Pracownicy jednak cichaczem do ucha mówili o tym. Nikt jednak dokładnie nie wiedział, o co chodzi. Następnego dnia mówiono już o kilku niepracujących wydziałach, ale nikt nie wypowiadał magicznego słowa strajk. Mając przepust­kę na wszystkie wydziały poszedłem tam z ciekawości. Uderzyła mnie ogromna cisza na hali nr 6, podobnie było na hali nr 2. Normalnie był tam zawsze taki hałas, że trzeba było rozmawiać krzycząc, a tu nagle taka cisza. Ludzie w bezruchu siedzieli przy swoich stano­wiskach pracy i nie pracowali. Przed wejściem na halę, obok strażnika stał robotnik z opa­ską na ramieniu i kontrolował, kto wchodzi. Nikt nie rozmawiał nie dyskuto­wał i dalej nie wiadomo było, o co chodzi. Z dnia na dzień stawało coraz więcej wydziałów, ale w dalszym ciągu słowa strajk nie wypowiadano. Po ki­lku dniach przyleciała samolotem z KCPZPR z Warszawy komisja, żeby strajk zażegnać. Stały już wówczas wszystkie wydziały produkcyjne. Pracowały ty­lko służby pomocnicze, Serwis i biura w budynku administracyjnym. O wszy­stkim mówiono szeptem i niewiele można było się dowiedzieć. Prasa, radio i telewizja milczały, a był to przecież zakład zatrudniający 25.000 praco­wników. Ludzie z dnia na dzień coraz więcej ośmielali się i coraz więcej szczegółów mówili sobie do ucha, ale słowo strajk bano się wypowiadać.

 

To magiczne słowo nigdy dotąd nie dotyczyło żadnego z krajów obozu socjalistycznego. Odnosiło się tylko do kapitalizmu. Zgodnie z teorią robotnik rządził w kraju robotniczo-chłopskim, więc nie mógł on przecież występować sam przeciwko sobie.

 

Przyjeżdżały kolejne komisje z Warszawy, które w rezultacie załagodziły częściowo na pewien okres żądania załogi. Zgodzono się, co do podwyżek płac i spełnienie kilku innych postulatów socjalnych, ale całkowicie stra­jku nie zażegnano. Po kilkunastu dniach doszły wieści, że podobny strajk istnieje w WSK Świdnik.

 

Pojechałem w tym czasie na delegację do Dęblina i wracając pociągiem dojechałem tylko do Nałęczowa, albowiem w Lublinie kolejarze zastrajkowali i przyspawali parowozy i wagony do szyn. Wraz z innymi pasa­żerami dowieziono nas do Lublina autobusami.

 

Tak się to zaczęło. Po Świdniku, a wcześniej Mielcu i kolejarzach, stanęła także Stocznia Gdańska, a później większość zakładów w Polsce. Zakończyło się to jak wiemy porozumieniem sierpniowym 31 sierpnia 1980 r. w Gdańsku.

 

Mówiono, że strajk wystąpił z powodu braków w sklepach podstawowych artykułów żywnościowych, podając także kilka innych prozaicznych powodów. Natomiast nie wiele mówiono o ludziach, którzy strajk organizowali. Mielec był środowiskiem robotniczo-chłopskim, a w takim środowisku trudniej jest o zwykłą ludzką solidarność. A jednak tego dokonano. Wyglądało to tak, jakby w Mielcu celowo ten strajk zorgani­zowano, żeby odwrócić uwagę władz od właściwego miejsca wybuchu strajku. Później strajki w kraju wybuchały spontanicznie, ale wtedy w Mielcu chyba nie. Celowo na początek wybrano dzień 1 lipca, gdyż był to pierwszy dzień drugiego półrocza i nazajutrz po zakończeniu półrocznego planu. Nie ma w takim dniu pracy, a ludzie błąkają się z kąta w kąt. Łatwiej w takim dniu zebrać ludzi i przemówić im do rozsądku, bo jak wiemy powo­dów do niezadowolenia było sporo. Organizatorami byli ludzie, którzy w najtrudniejszym okresie narażali się, ale to nie oni zbierali później laury, zaszczyty i najwyższe stanowiska. Może kiedyś uda się wykazać, że to Mielec dał początek tworzącej się Solidarności zakończony Poro­zumieniem Sierpniowym w Gdańsku.

 

Całym sercem popierałem ten ruch. Jak większość Polaków rozumiałem, że tylko poprzez taki masowy protest można odwrócić bieg wydarzeń w Pols­ce. Odebrać władzę aparatczykom sterowanym przez Moskwę i wprowadzić kraj na drogę samodzielnego stanowienia o swoim losie, opartym na rozsądku i patriotyzmie. Nie wszyscy jednak tak myśleli. Byli tacy, którzy uważali, że Polacy zamiast strajkować powinni wziąć się do pracy, a wtedy na pewno wszystko będzie dobrze. Zapytywałem tych ludzi, dla kogo mamy uczciwie pracować i w jakim celu. Jednocześnie dawałem odpowiedź. Dla Związku Sowieckiego i w celu umacnia­nia jego potęgi, albowiem wiadomo było i chyba każdy zdrowo rozumujący Polak wiedział, że cały nasz przemysł działał tylko i wyłącznie na potrzeby Związku Radzieckiego. Potrzeby naszego kraju nie liczyły się i były sprawą drugorzędną. Rozumiałem to doskonale, a przykłady dawałem i opisywałem wcześniej.

 

W rok 1981-szy weszliśmy z niesamowitym chaosem gospodarczym. Komunistyczna władza kompletnie nie panowała nad sytuacją. Wybuchały protesty i strajki, a w zakładach pracy wrzało. W wyniku wypuszczenia pustego pie­niądza towary zniknęły z półek sklepowych, a na ulicach ustawiały się przed sklepami długie kolejki. Nie pomagało rozdzielnictwo towarów w po­staci rozszerzającej się listy na kartki. Ceny rosły z dnia na dzień, sza­lała inflacja.

 

Brakowało właściwie wszystkiego, ale tego, czego w tamtym okresie nie brakowało, to były wszelkiego rodzaju publikacje. Solidarność, oraz wydaw­nictwa działające w podziemiach wydawały mnóstwo różnego rodzaju broszur, książek i biuletynów, które oprócz bieżących informacji z kraju i ze świa­ta ujawniały sprawy ukryte przez władze, lub kłamliwie przedstawiane opinii publicz­nej. Tygodnik „solidarność” pomimo cenzury, jaka obowiązywała pisał o wielu wydarzeniach, ale najwięcej można było dowiadywać się z całego mnóstwa broszur i książek. Przedstawiały one wiele faktów historycznych we właści­wym świetle odkłamując je. Pisano prawdę o Katyniu, napaści przez Związek Radziecki na Polskę w 1939 roku, o mordach stalinowskich popełnionych przez NKWD i organa BP, oraz o wielu innych sprawach, które w okresie PRL-u były przemilczane lub zakłamane. Wielu młodych ludzi wychowanych w PRL-u dopiero z tych publikacji dowiadywało się prawdy. O Katyniu na przykład w ogóle bezpieczniej było nie mówić, był to temat tabu, chociaż społeczeń­stwo doskonale wiedziało, kto polskich oficerów w Katyniu wymordował. Kiedy Miłosz dostał nagrodę Nobla z literatury, to przeciętny Polak nie wiedział, kto to taki. Ja, tak jak wielu, dopiero po tym fakcie dowiedziałem się o Miłoszu jako znakomitym poecie. Był on niewygodny dla władz PRL-u, gdyż był pisarzem niezależnym, współpracującym z polską opozycją, co było wystarczające, aby postawić tamę dla jego twórczości w Polsce.

 

Wiele publikacji takich czy innych nie były dostępne w księgarniach i Państwowym Przedsiębiorstwie „Ruch”, gdyż wszechwładnie panowała cenzura, ale mnóstwo tego typu broszur rozpo­wszechniano w tak zwanym drugim obiegu. Przynoszono je do pracy i leżały one na stole, a ponieważ ograniczone były wyjazdy, więc wchłanialiśmy w siebie te publikacje tocząc na ich tematy burzliwe dyskusje. Wczytując się w broszury potwierdzałem sobie rzeczy znane mi, a także i wiele nieznanych faktów historycznych. Przewijały się tam nazwiska uznane za bohaterów w PRL-u, a faktycznie byli to zdrajcy ojczyzny i przeważnie splamieni krwią mordercy.

 

Jak wiadomo w czasach Solidarności, a więc strajków i narodowego entuzjazmu o niczym się tak nie mówiło jak o polityce. Żyliśmy tym tematem wszyscy. Pamiętam, gdy pewnego razu pojechałem z mjr Nowakowskim na wybrzeże do zakładu elektronicznego testującego radiokompas ARK-9 stosowany w samolocie TS-11 Iskra.  Załoga tamtejsza była niesamowicie  rozpolitykowana, bo pracował tam znany z historii Gwiazda. Natychmiast też, gdy zajechaliśmy do tamtego zakładu zaczęto nas wypy­tywać jak wygląda sytuacja u nas w Mielcu, o wszystkie szczegóły działalno­ści Solidarności, o strajki i itd. Było to w tych czasach zrozumiałe zjawisko, gdyż wszyscy ciekawi byli, co w innych częściach Polski i zakładach pracy się dzieje, albowiem informacje z prasy, radia czy telewizji były za­kłamane, bądź niejednokrotnie sprzeczne z sobą. Przyjechaliśmy do biura konstrukcyjnego, gdzie natychmiast pracownicy nas obstąpili i wypytywali o wszystko. Bardzo mało mówiliśmy o radiokompasie, bo był to w tym wypadku temat drugorzędny. Muszę w tym miejscu wyjaśnić, że do pracy nie przychodziło się w tamtym czasie po to, żeby pracować tylko po to, żeby protestować.

 

Dużo wówczas dowiedziałem się ciekawych rzeczy odnośnie tego, co działo się na wybrzeżu. Załoga tamtego zakładu chełpiła się tym, że to właśnie u nich pracuje Gwiazda znany solidarnościowiec, późniejszy przeciwnik Lecha Wałęsy występujący przeciwko niemu razem z Walentynowicz. W tym czasie jeszcze chyba razem współpracowali, a ich drogi rozeszły się później.

 

Sukcesy „Solidarności” społeczeństwo przyjmowało z entuzjazmem i cieszyło się z każdego ustępstwa władz na rzecz wolnych związków zawodowych. W dziale Serwisu, gdzie pracowałem, do wolnych Samorządnych Związków Zawodowych „Solidarność” zapisali się wszyscy pracownicy oprócz chyba dwóch.

 

Latem jak zwykle dużo jeździłem na delegacje. Ponieważ najwięcej samolotów Iskra było w Radomiu, Tomaszowie Mazowieckim, Dęblinie i Modlinie tam też najczęściej jeździłem. Wszędzie w jednostkach wojskowych gdzie byłem obserwowałem ogromne zainteresowanie oficerów i całej kadry oficer­skiej wydarzeniami, które działy się w Polsce. Byłem bądź, co bądź, przedsta­wicielem 25-tysięcznej mieleckiej załogi tworzącej pierwszy strajk. Ci oficerowie nie zdawali sobie sprawy jak w ogóle możliwe było powstanie strajku w naszym systemie politycznym. Reagowali podobnie jak ja w pierw­szych dniach mieleckiego strajku, kiedy nie mogłem zrozumieć skąd tak nagle wzięła się w załodze taka ludzka solidarność. Oficerowie oblegali mnie i wypytywali o wszystkie szczegóły. Muszę przyznać, że nie słyszałem z ich ust głosów potępiających robotnicze protesty. Odwrotnie byli ci oficerowie w większości całym sercem za tym masowym protestem, który się w tym czasie odbywał.

 

Pamiętam wydarzenie, jakie miało miejsce przed samą wizytą Papieża w Polsce, a raczej w trakcie wizyty. Byłem wówczas w Modlinie, gdy do tam­tejszej twierdzy przywożono samochodami milicjantów i cywilów, przebierano ich w wojskowe mundury i wywożono na miejsca, gdzie mieli pilnować porządku. Nie wiem komu i po co była potrzebna ta cała maskarada. Chyba tylko po to, by myślano, że porządku pilnuje wojsko, tymczasem nad wszystkim czuwali funkcjonariu­sze MO i SB.

 

Nie mogę zrozumieć, jak mogło dojść do tego, że ludzie siedzący dawniej w więzieniach i walczący z komuną są w dzisiejszej demokratyczne Polsce uznawani za zdrajców ojczyzny. Dla mnie pamiętającego tamten okres i wydarzenia zawsze pozostaną bohaterami narodowymi.

 

Teofil Lenartowicz

Wrocław, dnia 4 lipca 2017